Nazwiska podyktował pan komisarz, obcierając spoconą twarz, gdyż takie jawne naigrawanie się z jego władzy zaczynało go drażnić w dziwny sposób. Niezaprzeczenie obaj pojmani byli nadzwyczaj zabawni, ale pan Rimotat pragnął zachować w oczach swych podwładnych należny mu szacunek i winny respekt. Marszcząc więc czoło i gładząc grzywkę, zwrócił się do Uriela, który nie przestawał przypatrywać się bacznie uszom pana komisarza.

Niezwykle rozwinięte członki, rozkładające się żółtą masą w szarawym świetle zimowym, zdały się przykuwać całą uwagę pojmanego i absorbować go zupełnie.

Pan Rimotat przybrał już dostatecznie imponującą pozę i zabierał się do rozpoczęcia badania, gdy nagle jak piorun spadło na niego następujące pytanie, w dość zresztą grzecznej uczynione formie.

— Za pozwoleniem pana komisarza — mówił Uriel, zbliżając się z ukłonem i wskazując w kierunku uszu nieszczęśliwego urzędnika — czy to pana własne?...

— Jak to? Co pan przez to rozumiesz? — wołał w oburzeniu, zrywając się z fotela, Rimotat.

— Nic, nic! Drobnostka — wyrzekł, nie tracąc kontenansu, artysta — myślałem, że to przyprawne35, ale skoro pan komisarz twierdzi, że własne, mogę powinszować!... Wspaniałe okazy! Parole d’honeur, wspaniałe!...

Rozpacz Rimotata dosięgła punktu kulminacyjnego. W oczach własnych podwładnych został wyszydzony i ośmieszony w taki sposób. Jak wściekłe zwierzę rzucił się na fotelu i nie patrząc na policjantów, nakazał sekretarzowi spisać akt oskarżenia.

Pojmani zachowywali się przez ten czas dość spokojnie. Ziomek tylko zapragnął się podnieść z ziemi, czyn ten jednak okazał się połączony z niektórymi trudnościami. Wreszcie przy pomocy Uriela, dwóch policjantów i biurka pana Rimotata dźwignięto tę masę cielska rozkładającego się już za życia, pełnego zepsutych soków i alkoholu.

Pan sekretarz, wodząc nosem po papierze, pisał zawzięcie protokół dyktowany przez samego pana Rimotata, a uzupełniany komentarzami policjantów. Już cała stronica zapisana gęstym pismem szarzała na stole, lśniąc świeżym jeszcze atramentem, gdy nagle Ziomek, odbywszy krótką a cichą naradę z Urielem, przystąpił do biurka.

— Panie komisarzu dobrodzieju, psiago łaskawa — zaczął, przewracając oczami — po kiego diabła pan komisarz tak brzydką sprawę każe rozmazywać?