— Panowie wszczęliście burdę uliczną! — odpowiedział Rimotat, prostując się majestatycznie. — Naruszyliście spokój uliczny i godziliście na życie cesarskiego sługi. Nie mogę puścić podobnych rzeczy bezkarnie!

Ziomek machnął ręką.

— Ha! Psiaga, może to i prawda, ale według mnie, zamiast rozmazywać, należy taką sprawę lepiej... zamazać!

I szerokim, brudnym palcem umaczanym w ślinie zamazał szybko całą stronicę, czyniąc z pięknego pisma pana sekretarza wspaniałą plamę szaro-brudnego koloru.

Ujrzawszy bohaterski czyn swego kolegi i Uriel wybuchnął szalonym śmiechem i rzucił się w objęcia przyjaciela. Ziomek zawtórował mu triumfująco i tym samym dał znak do ogólnej wesołości.

Śmieli się policjanci, zatykając przez uszanowanie usta czakami; śmieli się w drugiej izbie Żydzi, nie wiedząc, o co chodzi; rechotali się chłopi, mnąc czapy w czerwonych łapach; uśmiechała się blada kobieta, zanosił się od śmiechu wyrostek, nawet sam pan Rimotat ukrył się poza stosy książek, ażeby nie stracić swej powagi.

Tylko Kaśka nie śmiała się wcale. Przytulona do ściany, dziwiła się nie po mału36 tej wielkiej wesołości panującej w tych ponurych izbach, które, według jej wyobrażenia, same łzy i smutek mieścić powinny.

Gdy w kilka minut później, po spisaniu nowego protokółu, wyprowadzono aktorów, ostatnie gamy śmiechu skonały wraz z ich wyjściem, cisza i pleśń wysunęły się z ciemnych kątów, w które się skryły przed niezwykłym gościem — wesołością, jaka się z czelnością intruza w te wilgotne mury wcisnęła.

Pan Rimotat był teraz w szalenie złym usposobieniu. Uriel Acosta zepsuł mu dużo krwi swym dziwacznym zapytaniem, odnoszącym się do uszu pana urzędnika. Wyjął więc z kieszeni małe lusterko i zaczął przyglądać się tym nieszczęśliwym wachlarzom, z których jedno dostatecznie zakrywało całą przestrzeń zwierciadełka. Odbywszy ten przegląd, nakazał zawołać dalszych winowajców — i srogi, groźny, z grzywką rozczochraną, postanowił być nieubłagany i pełny niewzruszonej surowości.

Na dany znak przez jednego z policjantów podniosła się z ziemi Kaśka i drżąc z trwogi, gotowała się stanąć przed srogim obliczem komisarza. Ale policjant opiekujący się wyrostkiem odepchnął ją i wziąwszy za kark swego protegowanego, zawlókł go do drzwi i wepchnął do pokoju pana Rimotata. Chłopak, skrzywiony, blady, z wypiętnowanym na twarzy występkiem i przedwczesną dojrzałością, stanął nagle przed groźną fizjonomią urzędnika, garbiąc się dziwacznie i dusząc w brudnych rękach obszarpany fartuch, który, na jednej szelce zawieszony, nie zakrywał łachmanów stanowiących odzież chłopca. Było to uosobienie nędzy fizycznej i moralnej, nędzy dziedzicznej, przekazywanej z ojca na syna, a znanej światu pod nazwą... terminatora! Chłopak domagał się swym wyglądem i wewnętrznym ustrojem odzienia, pożywienia, logicznej i odpowiedniej nauki — słowem, tego wszystkiego, co z istoty poniewieranej przez policjantów człowieka uczynić może. Tak — było to tylko zwierzę, zniszczone już, nawet niezdatne jako siła robocza, źle wyrośnięte i znające doskonale drogę do gmachu cesarsko-królewskiej policji.