Indagacja prowadzona w ten sposób trwała dość długo. Szarzak uparcie wypierał się kradzieży postronków, którą mu zarzucano, pan Rimotat z równym uporem wmawiał weń ten występek, obsypując chłopca gradem obelg i wymysłów.

Wreszcie Szarzak umilkł. Błędnym wzrokiem powiódł po ścianach i na koniec wyrzekł zmęczonym głosem:

— Niech tak!

Od wczoraj nie jadł nic, ginął ze znużenia i głodu. Pod wpływem tych dwóch czynników wziął na siebie czyn, którego może nie popełnił. Kradzież kilku łokci zbutwiałych postronków nie była tak ciężkim przestępstwem, ażeby przez nie młody chłopak zatracał poczucie godności osobistej, będąc traktowany przez urzędnika i policjantów na równi z dojrzałymi, zatwardziałymi przestępcami. Nie pytano go o powód kradzieży, nie badano przyczyny, którą, kto wie, może był głód, — ale mówiono mu: „łajdaku! złodzieju!”, bito go w kark jak zwierzę, popychano, nadawano mu piętno kryminalisty — pasowane na zbrodniarza.

Wśród panującej teraz w obu izbach ciszy słychać było tylko skrzyp pióra pana sekretarza spisującego akt oskarżenia wraz z dodatkiem, że przestępca przyznał się do winy.

Blady chłopak nie oponował, nie przeczył. Powiedział „niech tak!” i nie cofał tego słowa. Nagle pod oknem zagrała katarynka. Wesoły walczyk wdarł się przemocą przez zamknięte okno.

Małoletni przestępca rozjaśnił twarz. Uśmiechnął się na odgłos tej melodii. Nawet usta złożył jakby do gwizdania, ale gwizdać nie śmiał.

W tej samej chwili komisarz podpisywał protokół i surowym głosem nakazał odprowadzenie „złodzieja” do więzienia karnego, gdzie miał, według już woli sędziów, przebywać czas dłuższy lub krótszy, stosownie do humoru i stanu organów trawienia tychże reprezentantów sprawiedliwości.

Chłopak z najwyższą obojętnością przyjął ten rozkaz. Chwilę jeszcze słuchał głosu katarynki, pokręcił głową jak szczygieł, spojrzał spode łba na pana Rimotata, a mruknąwszy przez zęby:

— A to piernik! — zwrócił się ku wyjściu.