Kaśka nie usuwała się przecież, pomimo braku gościnności, jakiego doznała.
— Jesteście przecież kobieta, to musicie mieć litośne serce — wyszeptała — pniak duży, pomieścimy się obie.
Kobieta postała chwilę, jakby namyślając się nad tym, co zrobić miała. Wreszcie litość przemogła złe usposobienie, bo machnąwszy ręką, nieznajoma usiadła koło Kaśki, maczając swe źle obute nogi w roztopionej ziemi.
— A skąd żeście się tu wzięli, boście frajerka, widać to zaraz, bo mordy dobrze użyć nie potraficie. Inna to by dopiero na mnie peronelę wywarła. No, gadaj, kiedy dobrze z tobą kuniruję, co cię tu naniosło?
Kaśka wahała się z odpowiedzią. Ta cuchnąca kobieta, od której zalatywała ostra woń wódki i błota, budziła w niej odrazę. Odór alkoholu wzmacniał jej nudności i odurzał do reszty. Trzeba jednak było coś odpowiedzieć.
— Jestem teraz przez miejsca i nie mam gdzie spać...
— Owa! — odparła nieznajoma — to ci termedyja38! Ja tu cztery roki nocuję, a dobrze mi. Lokal fraj39, a pościeli prać nie trza.
Zamilkła na chwilę, po czym, wyjąwszy chleb zza pazuchy, jeść żarłocznie poczęła.
Kaśka odwróciła szybko głowę. Nie mogła spojrzeć na jedzącą. Doznawała strasznych cierpień; zdawało jej się, że wszystkie wnętrzności skręcają się w niej w jeden węzeł. Łzy oczy jej zaciągały mgłą, przez którą nic rozróżnić nie mogła.
— Ja to znam, że cię taka pierwsza nocówka w pięty trze — mówiła dalej kobieta — ale jak się nie ma zatabaczonego krajcara, to dobry psu i gnat. A byłaś już w furdydze?...