— Byłam — odparła cicho Kaśka.
— Ha! No, to bez stalunku już masz prawo do placu. Jakby cię jaki hetnik chciał stąd gnać, to zaraz gadaj, coś w furdydze była. Nikt cię już nie ruszy!...
Kaśka ukryła twarz w obu rękach. Tak! Niezaprzeczenie, była już włóczęgą nocną, karaną policyjnie; ta straszna, obszarpana kobieta przyznała jej to stanowisko, a bytność w policji nadawała jej prawo do zajmowania kryjówek na Wysokiej Górze. A więc i tam były prawa, był próg, który trzeba było przekroczyć, zanim się dostało kawałek ziemi wilgotnej i szmat nieba nad głową!
Kobieta patrzyła teraz na pochyloną Kaśkę, nagle trąciła ją w bok, mówiąc:
— A cóżeś ty zmalowała? Świstnęłaś co? Sujkę komu dałaś? Grzebnęłaś kogo? No, gadaj, morowa lalu!
Kaśka potrząsnęła głową.
Nie — nie zabiłam nikogo. Przecież nie chciała się spowiadać ze swoich postępków przed tą kobietą. Tak jak przed panem Rimotatem w inspekcyjnej izbie zamilkła, tłumiąc w sobie ból i przyczyny tego bólu. Nieznajoma uczuła się obrażona.
— Ho! Jaka mi marmuzela40, sekretnica! Nie chce wydusić, boi się! Cóż to ja wyzieram na prześpiegaczkę? A dawnoś wyszła z furdygi?
— Popołudniu!
— Żarłaś co?