Za chwilę obie utonęły w ciemnościach.

*

— Pociągnij wyżej to prześcieradło, niezgrabo jedna!

Kaśka usłuchała i drżącą ręką wciągnęła na obnażone biodra cienką zasłonę.

Stała tak na wpół naga w blasku dziennym, spowinięta od pasa w zwoje przybrudzonego, białego perkalu. Nogi całe miała zasłonięte, tylko końce palców nabrzmiałych widać było spod nieźle ułożonej draperii. U pasa spięto perkal na kilka szpilek, których czarne ostrza odbijały od białej tkaniny. Tylko tors dziewczyny oślepiał prawie swą wielką, wspaniałą nagością, odbijając dziwnie wobec marmurowych biustów i gipsowych posągów. Jasna struga światła spływała z okna i oblewała nagie plecy dziewczyny, srebrzyła czystym blaskiem linie piersi, linie śmiałe, potężne, wzmocnione macierzyństwem, prawdziwy gors Kariatydy rozwiniętej w całej pełni.

Przed nią Wodnicki, zachwycony, uśmiechnięty, rozgorączkowany suwał szybko rękami po olbrzymiej bryle gliny, modelując wspaniałą kobietę, która rysowała się tak wyraźnie w tym jasnym świetle dziennym. Twarz Kaśki obchodziła go mało — spostrzegł, że była wychudła i zmieniona, toż samo szyja, której skóra wyciągnęła się znacznie. Ale zawsze mimo wszystko był to jeszcze wspaniały model podatny do utworzenia kobiety-olbrzymki, w której wdzięki niewieście miały zgrubieć i zolbrzymieć, nie zatracając uroku. Draperia kryła biodra i tylko dozwalała zarysować się konturom ud i łydek. Rzeźbiarz poprawiał naturę, brał, co było jeszcze piękne w tej dziewczynie i tworzył arcydzieło. Ręce Kaśki podniesione w górę, założone ponad głową drżały już ze znużenia, gdyż stała tak blisko godzinę — nie śmiała odezwać się przecież. Głód zaczynał jej dokuczać, bo głuchoniemy sam nie jadł śniadania, a więc nie poczęstował gościa. Widocznie kieszeń Wodnickiego znajdowała się w smutnym stanie i trudno było w niej znaleźć potrzebną na wyżywienie adeptów sztuki kwotę. Pomimo to rzeźbiarz pracował ze zdwojoną energią; uszczęśliwiony znalezieniem śpiącej w jego pracowni dziewczyny, namówił ją do pozowania.

Przyszło mu to łatwiej, niż się spodziewał, ale Kaśka wskutek głodu i nędzy straciła energię. Opierała się czas jakiś — później wspomniała dziecko, chorobę i przystała na czynioną jej propozycję.

Zacięła zęby i powoli zesuwała ze siebie swoje łachmany, oblewając się falą krwi, która gwałtownie biła jej do głowy. Wreszcie gdy stanęła wpół naga przed Wodnickim, chwilę jeszcze trzymała spuszczoną głowę, walcząc z resztą wstydu, jaki jej łzy do oczu cisnął. Obawiała się tego wesołego człowieka; sądziła, iż zacznie z nią żartować i zechce traktować ją w sposób, na jaki według swego mniemania zasłużyła. Ale Wodnicki, cały przejęty swą pracą, nie widział w niej „kobiety”, był to dlań model tylko, model dobry, prawdziwa, rzadka okazja trafiająca się w znacznych odstępach u nas, gdzie pozowanie jeszcze nie ma żadnego pomiędzy zarobkami miejsca. Do tej chwili Wodnicki musiał pomiędzy kolegami szukać męskich modeli, kobiece zaś postacie zbierać w zaułkach i brudnych knajpach, pomiędzy kontyngensem ostatniego rzędu istot, jedną tylko leśną rusałkę wykuł z ubogiej dziewczyny pełniącej obowiązki służącej u jego bratowej, dziś druga kobieta w osobie Kaśki staje na podwyższeniu skleconym z lichych desek i czerwieni się żywą skórą w blaskach wiosennego poranka. Gorączkowo więc zabiera się do roboty i pracuje już całą godzinę; Kaśka, widząc go tak rozsądnym, uspakaja się powoli. Widocznie ten pan jest bardzo rozsądny, gdy nie krzywdzi jej, pomimo że tak naga stoi przed nim i bez żadnej obrony.

Nagle drzwi pracowni otwierają się z trzaskiem. Do wnętrza wchodzi człowiek, który od progu zaznacza swój dziwaczny charakter i chęć pozowania na oryginała. Kapelusz przekrzywiony na jedno ucho, ręce w kieszeniach od krótkiego sakpalta, nastrzępione pod nosem wąsiki, wzrok niepewny, biegający z jednego przedmiotu na drugi — słowem, całe dziwactwo, wysilone, sztuczne nadaje mu cechę jakiejś marionetki poruszanej sprężynkami.

Ten pan wszedł nagle do pracowni, gwiżdżąc i śpiewając oklepanego walczyka. Przekrzywiwszy lepiej kapelusz, zbliżył się do Wodnickiego, a podając mu protekcjonalnie chudą rękę, wyrzekł krótkim, urywanym głosem: