— He! Cóż? Pomnik dla historyka? Zrobiony? Skończony? Przychodzę obejrzeć... gdzież jest?

W całym wzięciu, w formie wysłowienia się znać było chęć imponowania tłumowi. Te krótkie, urywane frazesy miały olśniewać słuchaczy jak promieniste bomby wyrzucane wśród nocnej pomroki.

Wodnicki wszakże nie przerywał swej pracy. Krzyknął tylko na Kaśkę, która na widok obcych chciała naciągnąć na siebie jakąś firankę, i szybko wskazał stojącemu przed nim mężczyźnie odległy kąt pracowni.

— Tam jest medalion!

Dziennikarz — gdyż niezawodnie ów pan z pokrzywionym kapeluszem musiał być dziennikarzem — posunął się drobnym kroczkiem we wskazanym kierunku.

— To? — zapytał, przymrużając oczy i marszcząc się jak stara cytryna — To? Cóż to ma być?

Wodnicki uśmiechnął się nieznacznie.

— Nie wiesz pan?

— No tak! Niby... ale po cóż te dzioby, po cóż ta bruzda pod okiem? W sztuce należy szukać ideału, inaczej brud i kał nas owionie.

Stał sam brudny i skalany naprzeciw tej twarzy, choć pooranej bruzdami, a przecież pięknej szlachetnym wyrazem rozumnej powagi i pełnej ducha pomimo szpetoty zewnętrznej. On nie widział w małoduszności swej tego wyrazu, tej prawdy pięknej, czystej jak kryształ, która, odbijając zmazy, uwidocznia i piękno; brudną duszą szukał tylko kału i brzydoty, a znalazłszy jej choć odrobinę, wyciągał na wierzch i starał się przyćmić nią rzucające się w oczy piękno. Miał kilka utartych frazesów o ideale, o estetyce, o jakimś dziwacznym, a wynalezionym przez siebie konserwatyzmie i bryzgał nimi co chwila z miną pyszałka i rzeczywistego znawcy.