Wodnicki zaprzestał na chwilę swej roboty i spojrzał z litością na tę drobną postać, tak nędzną, tak małą wobec jego prac i jego olbrzymiego talentu. Medalion historyka był oparty o podstawę Mojżesza. Wspaniała, wielka postać biała, surowa, wznosiła się ponad głową małego dziennikarza o przekrzywionym kapeluszu i zdawała się kamiennymi źrenicami mierzyć z pogardą wykrzywione usta znawcy.
— Czy pan myślisz, że daleko zajdziesz na tej drodze, po której kroczysz? — zaczął znów ironiczny jegomość — Utworzyliście sobie nową szkołę i wojujecie w niej brudem i błotem. Piękno przede wszystkim, panie! Piękno! Ideał, a nie rzeczywistość, bo dość już jej dokoła mamy. W sztuce musimy szukać wytchnienia...
Wodnicki poruszył się wreszcie niecierpliwie.
— Ależ, panie, komitet, zajmujący się budową pomnika, wyraźnie polecił mi odtworzyć wiernie podobiznę zmarłego. Jakże więc?
— Dobrze! Dobrze! — odparł zoil43 z przekrzywionym kapeluszem. — Podobizna jest, ale po cóż te dzioby?
— Nieboszczyk był dziobaty!
— Tak, ale należało te rzeczy łagodzić, gazować44, przysłaniać! Piękno! Panie, piękno przede wszystkim!
Wodnickiemu wystąpiły dwie małe, ciemne plamki na policzki. Młoda krew kipieć zaczynała wobec tego ślimaka śliniącego jego pracę.
— Czyż przez to wyraz twarzy ucierpiał? Czyż nie widzisz pan tej zadumy, która tak pięknie łagodziła szpetotę jego oblicza? Patrz pan na wykrój ust, na ten uśmiech bolesny, który udało mi się pochwycić tak szczęśliwie; na tę zmarszczkę niby groźną, a przecież tak łagodną... powiedz pan, czyż to nie jest piękno, chwycone z życia? Czyż to nie ideał człowieka, który w pracy żył i w pracy umarł, w pracy dla kraju, dla potomności...
Głos młodego rzeźbiarza płynął teraz dźwięcznie, zapalał się i ożywiał, mówiąc o swoim dziele, wykazując jego zalety.