Mały dziennikarz przecież nie zdawał się być przekonany.
— Dobrze, ale te dzioby, te dzioby!
Wodnicki machnął ręką.
Człowiekowi temu wbiła się w oczy jedna rzecz szpetna i zaciemniła mu wszystko inne. Na upór nie było lekarstwa.
— Dalsze części pomnika? — pytał dalej dziennikarz, postępując kilka kroków naprzód.
Wodnicki w milczeniu wskazał kamienne chłopię, które szarzało w jasnym świetle porannym, wylewającym się szeroką strugą z otwartego okna.
Dziennikarz wykrzywił usta.
— Jakiś chłop? Cóż za mania was ugryzła z tym chłopstwem. Prawdziwie, teraz ludziom w porządnym surducie przejść nie można będzie po ulicy. Każdy człowiek z lepszej sfery jest dla was wyrzutkiem, a obdarty nędzarz doskonałością. Dziwne, doprawdy, dziwne!
Był przecież sam człowiekiem nie z wyższej sfery, a nawet z dość niskiej klasy społeczeństwa. Odkąd przecież ożenił się z baronówną, głowę nosił wysoko i pluł na wszystko, co biedne.
— Trzeba było umieścić anioła z zagaśniętą pochodnią lub coś podobnego — cedził dalej, przestępując z nogi na nogę.