— Tak! Ale ideał! Piękno!

— Och! — roześmiał się Wodnicki. — Przecież to tylko sługa... a potem nadaje się do przedmiotu. Będzie z niej Kariatyda!

— Tak? A no to co innego... I to pana... — urwał nagle, nie chcąc ust kalać wyrazem „kochanka”, podczas gdy cienkie nozdrza poruszały mu się szybko, a ręce nerwowymi ruchem mięły brzegi palta.

Wodnicki wzruszył ramionami.

— Cóż znowu! — zaczął. — Pan wiesz, ja tego nie lubię... potem... kocham się idealnie. Jeżeli pan zechcesz, to możesz wziąć sobie tę dziewczynę, choć zdaje mi się, że miałbyś pan z nią teraz niepotrzebny kłopot.

Kaśka szybko otworzyła oczy. Och, zrozumiała dobrze, co w tej chwili mówili o niej ci dwaj mężczyźni. Skąd ten mały rzeźbiarz ma prawo darowywać ją temu panu, który tak źle na nią spogląda? Była biedna i głodna, to prawda. Zgodziła się nawet z tej nędzy stać nago i lepić się z gliny, ale przecież nie zgodziłaby się nigdy na tego rodzaju hańbiący upadek.

Ale dziennikarz uspakaja wprędce jej oburzenie.

— Phi! — odpowiada po chwili, odwracając oczy od nagiego ciała kobiety. — To za brudne, ja nie lubię wdawać się z motłochem. Od czegóż są damy?

I założywszy nogę na nogę, zagwizdał walca z Gasparone.

Nastała długa chwila milczenia. Kaśka mdlała prawie ze znużenia, nie śmiejąc poruszyć się z miejsca. Krzepiła ją myśl spodziewanej zapłaty, za którą kupi sobie trochę ciepłej strawy.