Nagle dziennikarz odezwał się piskliwym głosem.

— Idziesz pan jutro do teatru?

— Zapewne — odparł rzeźbiarz — mam wstęp wolny. A pan będziesz?

— Nie!... recenzję już napisałem, nie potrzebuję chodzić!...

— Jak to? — zapytał Wodnicki. — Recenzję napisałeś pan przed przedstawieniem?

Dziennikarz ściągnął usta do pogardliwego uśmiechu.

— Spodziewam się! Ja zawsze tak robię. Dostanę egzemplarz, przewertuję, a potem ciach! ciach! i już autor urządzony. Na tego jutrzejszego to od roku sobie ostrzę pióro. Toteż mu przyłożyłem. Sztuka musi upaść... głupiec jakiś! Nic sobie ze mnie nie robi! Ja go nauczę respektu!...

Wyciągał chudą rękę, grożąc w powietrzu niewidzialnemu wrogowi. Śmieszny był w tej chwili z tym zapałem karlim, z tą miną znieważonego liliputa. Porwał się z miejsca i wspinał się na palce, aby być większym, a głos nabrzmiewał sztucznym zgrubieniem.

— Czy pan pamiętasz, co on mi ośmielił się powiedzieć rok temu? — wołał dalej zacietrzewiony. — Powiedział, że się mnie nie boi i nie złożył mi wizyty. No! Teraz będzie się mnie bał... Ja, mój panie, jestem już na grubym stanowisku! O mnie się dobijają, ja biorę po czterdzieści groszy za wiersz, mój panie!...

Wodnicki nie przerywał. Stał teraz tuż przed dziennikarzem i powstrzymywał uśmiech gwałtem wydzierający się na usta.