— A cóż ty teraz zrobisz ze sobą? — spytała.
Kaśka wzruszyła ramionami.
— Nie wiem! Chyba się do wody cisnę, bo już nie mam żadnego obrotu wedle siebie i nie wiem, gdzie się zadzieć!
— Do wody! — zawołała Marynka. — Jaka ty mądrala! Do wody byś nie poszła! O, nie!
— Bez co?
— Bez strach! Ja byłam już raz nad stawami, wiesz, tam za Kamienną Wolą, ale takem się wody zlękła, że gnałam co sił do domu. Ty byś tak samo drałowała, bo woda czarna jak szuwaks i aż w piętach drze, jak się na nią spojrzeć.
Kaśka, nie zaprzeczała; być może — Marynka miała słuszność. Mówi się chętnie o śmierci, a jak na to padnie, to strach człowieka zbiera. Zapewne i ona nie miałaby odwagi skoczyć do wody, skoro Marynka jej nie miała. Milczały chwilę jeszcze, po czym Marynka pierwsza zaczęła rozmowę.
— To ksiądz cię z kościoła wygnał?
— A jakże — odparła Kaśka.
— No, recht bo miał — dowodziła Marynka. — To nie wypada po kościele się włóczyć w takim grzechu, jak ty jesteś. Księża tego ścierpieć nie mogą.