Kaśka, sądząc, że wszyscy już znikli, otworzyła oczy. Wzrok jej padł na stojącego przed nią mężczyznę. Fala krwi uderzyła jej do głowy. Poznała Jana.

Oczy ich spotkały się. Źrenice kobiety czerwone od łez wylanych podczas bezsennych nocy, podkrążone sinymi obwódkami wpatrzyły się w świecące zdrowiem i życiem oczy mężczyzny. W oczach tych była zapisana cała historia tych kilku miesięcy: jej męki, jej cierpienia, niepokój, smutek, tęsknota — i jego równowaga, dobre trawienie, sen, odżywianie się i spokój moralny, najlżejszym niezakłócony wyrzutem.

Dziewczyna wpatrzyła się uporczywie w twarz swego dawnego kochanka. Miała go! Miała nareszcie tuż przed sobą, mogła mu wypowiedzieć wszystko, co ciężyło jej na sercu. Ale on ocknął się teraz z chwilowej bezwładności. Szybko odwrócił się, pragnąc uciekać. Przypomniał sobie scenę na strychu i bał się jej powtórzenia.

Lecz Kaśka porwała się szybko z ziemi i obiema rękami uchwyciła się jego ramienia. Drżała cała jak w febrze, a blade policzki zabarwił rumieniec. Chustka zsunęła się jej z ramion i stanęła przed nim w całym majestacie macierzyństwa, nie zważając na resztę świata, na ludzi, którzy lada chwila nadejść mogli. On szybkim rzutem oka obrzucił całą jej postać i zrozumiał jej położenie. Szarpnął się gwałtownie, pragnąc uciec czym prędzej od tej matki-kobiety, on — ojciec-mężczyzna! To łono, w którym ukrywało się w tej chwili jego własne dziecię, wydało mu się ohydne, wstrętne, przerażające.

Ale Kaśka z dziwną siłą przykuwała go do miejsca. Palce jej zacinały się kurczowo dokoła ręki Jana, sprawiając mu ból dotkliwy. Przecież nie chciała mu czynić żadnej krzywdy. Chciała mu tylko powiedzieć, że ona lada chwila umrzeć może i pozostawić na świecie sierotę. Dla tej sieroty żądała słusznej opieki.

Czyż nie była w swym prawie?

— Janie! — rzekła przerywanym głosem. — Jak to dobrze Bóg zrobił, żeś się o mnie natknął. Tak cię chciałam zobaczyć...

— Puść mnie! Czego szarpiesz! — przerwał stróż dość opryskliwie. — Jeszcze mi pysk pazurami rozorzesz, jak wtedy na strychu.

— Nie! O, nie! — odrzekła Kaśka, zaciskając coraz mocniej palce. — Ja ci nic złego nie zrobię... Chciałam ci tylko powiedzieć...

Urwała nagle, nie mogąc dokończyć rozpoczętego zdania. Zdawało się jej, że będzie jej bardzo łatwo wypowiedzieć mu wszystko przy spotkaniu, a przecież głos zamierał w jej piersi, a słowa konały na jej ustach. Widziała go znów! Widziała zdrowego, czerwieniącego się w promieniach słońca jak dawniej, jak przed rokiem!... Miał nawet ten sam lila krawat i kamizelkę w paski, włosy lśniły się, wyziewając ze siebie woń topolowej pomady. Był tak piękny, silny, strojny, gdy stał przed nią z głową, według zwyczaju, odkrytą, z kapeluszem nowym, słomkowym w ręce pokrytej tombakowymi pierścionkami. I nagle Kaśka zawstydziła się swej nędzy, swego ubóstwa, a przede wszystkim stanu, który ją tak oszpecał.