I ręce jej mimo woli opadły wzdłuż ciała, uwalniając Jana z więzów. Szybko pochwyciła leżącą na trawie chustkę i owinęła się nią, zakrywając pół ciała.
Jan przez ten czas postąpił już kilka kroków, pragnąc przejść do sąsiedniego ogródka, ale Kaśka zastąpiła mu drogę. Stali teraz prawie nad samym brzegiem przepaści, tuż ponad Starymi Dołami, które żółtym dnem łyskały w promieniach słońca.
— Janie! Poczekaj chwilkę... tak pójść nie możesz! — rzekła znów kobieta. — Widzisz, jestem bardzo biedna i odsiaduję w dług tu stancję. Ale niedługo może już to się skończy, tylko że nie wiem, jak to Bóg pokieruje...
Jan rzucił się niecierpliwie.
— Czego ty chcesz ode mnie? Nie zaczepiaj! – syknął przez zęby. — Ja do ciebie nic nie mam. Takie jak ty włóczęgi, co się biją i co je po furdygach policaje prowadzą, to tylko dyshonor dla porządnych ludzi. Odstąp z drogi, mówię, dobrze, a jak nie posłuchasz, to ci jeszcze dam radę!...
Ona, zgorączkowana, nie słuchała prawie gróźb jego.
Jedną teraz miała myśl tylko — chciała mu przecież powiedzieć o dziecku, które mogło głodem zamierać jak ta sierotka, którą ponieśli teraz na cmentarz.
— Ja nic nie chcę dla siebie — zawołała szybko — ja nie mam żadnego żądania, jeno wedle dziecka...
Zamilkła, spuszczając głowę.
Wyrzuciła wreszcie to słowo, tę zbrodnię, to przestępstwo, które popełniła, dając życie, przyoblekając w ciało rozkosz, jaką odbierał od niej stojący przed nią mężczyzna. On popatrzył na nią z jakąś małpią złośliwością, gdyż stopniowo odzyskiwał utraconą fantazję.