Kariatyda!
O, tak, istotnie, prawdziwa Kariatyda społeczeństwa, ta nędzna dziewczyna z ludu, ten muł roboczy w rękach kobiet, muł źle karmiony, śpiący na ziemi, dręczony dniami i nocami całymi. Bez promyka światła, dźwiga ta Kariatyda całe brzemię pracy i niedoli, a gdy zapragnie być kobietą, gdy spełni posłannictwo, jakie natura jej nakazuje, rodzić swe dzieci musi w nędzy i opuszczeniu, podrzucać po rozstajnych drogach jak szczenięta lub co gorsza, nie mogąc znaleźć środków do życia, morduje swój płód własnymi rękami.
Mężczyzna jak pies gończy ściga nieszczęśliwą, wtrącając ją dla swego kaprysu lub dla zadowolenia chwilowej żądzy w przepaść hańby i rozpaczy. A wprędce zapomina nawet rysów, postaci tej, którą brutalnie zmusił do występku, waląc na jej ramiona wszystkie następstwa podobnego kroku.
Kariatyda!
Ależ to Kariatyda schowana w cieniu, Kariatyda ubrana w łachmany, Kariatyda, która wielkim głosem domaga się światła i chleba. Istota ta zajmuje wybitne miejsce w każdym domu, przebywa ciągle niemal z dziećmi, ma wpływ na ich charakter, a jest przecież tylko niewolnicą o szerokich barkach, o której cierpienie, postępki nikt się nie troszczy, nikt się nie spyta!
Stojący przy trupie Kaśki blondyn położył rękę na nagiej piersi kobiety.
Było coś w tym ruchu z pana i władcy stworzenia, który kładzie dłoń swą na prawej swej własności, czy żywej, czy umarłej. Krótką chwilę patrzył na ten tors oblany teraz promieniami wschodzącego słońca, które przez szyby okien wpływały do sali. Zdawało mu się, że widział gdzieś tę dziewczynę, że trzymał raz jeden w objęciach ten tors potężny, który teraz miał twardość marmuru.
— Widziałem gdzieś tę machinę! — mruknął, wyciągając drugą rękę po skalpel.
Tyle tylko zapamiętał z tej gorącej walki, jaką stoczył w pracowni Wodnickiego, chcąc gwałtem zadowolić swą żądzę — walki, która mu tak gorące rumieńce pragnienia na policzkach wycisnęła.
Skalpel błysnął w promieniach słońca i dotknął białej piersi kobiety.