Już Jan dysponuje brudnemu i nieczesanemu od tygodnia kelnerowi „dwa chleby z masłem, wędzonkę i dwa kufle piwa”. Kaśka rozpatruje się, szukając jakiejkolwiek znajomej twarzy. Nagle tuż obok siebie, przy drugim jednak stole, dostrzega Marynkę pijącą „bruderschaft” z jakimś dobrze wypomadowanym elegantem. Kaśka doznaje na widok Marynki wielkiej pociechy — nareszcie zobaczy ją w towarzystwie Jana. Tylko czy nie będzie się z niej wyśmiewać wobec wszystkich tych ludzi i nazywać ją „tłumokiem?

Ach, to byłoby bardzo nieprzyjemne. I Kaśka o ile możności kryje się i kurczy swą wielką postać, aby nie być dostrzeżoną przez nieprzyjaciółkę. Abneguje z miłości własnej i woli nie nacieszyć się triumfem z pozyskanej przyjaźni Jana. Ale Marynka, cała zajęta swym kawalerem, nie zwraca na nią uwagi. Czerwona od gorąca i rozpalających napojów, rozkłada swą zniszczoną alpagową sukienkę, prezentując czerwone ręce wychodzące z półkrótkich rękawków.

Kaśka uspakaja się powoli.

Już kelner przyniósł żądany chleb z masłem i dwie halby piwa. Kaśka ujmuje w prawą rękę nóż, a pokrajawszy wędzonkę na drobne kawałki, zjada ją razem z chlebem powoli, nie śpiesząc się wcale; Jan wypił już swoje piwo i woła o drugie. Głos jego ginie w gwarze przepełniającym ogródek. Setki ludzi o zniszczonych, zawiędłych twarzach, maczają usta w kuflach napełnionych jasnym, przejrzystym piwem. Niekiedy piją koniak i jedzą jaja na twardo, maczając je w grubo tłuczonej soli. Wszyscy mężczyźni palą tanie cygara lub ordynarne papierosy. Niektórzy porozpinali kamizelki i porozwiązywali krawaty. W ten sposób więcej wypić można...

Na estradzie siedzą rzędem młode dziewczyny, poubierane w jednakowe czerwone welwetowe suknie. Jest ich sześć, a wszystkie mają wyraz znużenia i przedwczesnego rozwinięcia na wynędzniałych twarzach. Rzec można, że uwiędły pod wpływem tej zgęszczonej atmosfery, jaka je codziennie otacza. Za nimi widać kilku mężczyzn, również w czerwonych frakach, grających na dętych instrumentach i walących w bębny. Dziewczyny poopierały brody na skrzypcach i nie patrząc w nuty, wodzą smyczkami po strunach — troszczą się mało o doskonałość harmonii. Każda z nich ma kochanka w jednym z mężczyzn należących do orkiestry, który ją bije, ale zarazem kocha zapamiętale. Dlatego to publiczność nie przedstawia dla nich żadnego szczególnego interesu; grają, byle odegrać to, co program im nakazuje, a potem powrócić do domu po razy i pieszczoty. Szczęk kufli, brzęk talerzy, gwar rozmów zagłuszał prawie melodię walca, która z trudnością przebijała się przez ten hałas trywialny, pełen gminnych wyrażeń i szczęku grubego szkła i ordynarnego fajansu. Jan wprędce wynalazł sobie towarzystwo. Jakiś ślusarz przysiadł się do nich, wlokąc za sobą żonę, chudą i zawiędłą kobiecinę. Kaśka usunęła się, robiąc jej miejsce, i po krótkiej „polityce” rozpoczęto rozmowę od debatowania nad ilością wody dolanej do piwa. Gawędka w ten sposób rozpoczęta ciągnęła się dalej, zmieniając co chwila tematy.

Menażeria dostarczała wiele materiału do rozmowy, a ten „psia wiara lediżerca” ciągle był na ustach Jana. Pomimo to wszakże nie zapominał i o Kaśce, która, zjadłszy chleb i wypiwszy piwo, siedziała dość spokojnie, biorąc niewielki udział w rozmowie. Zwracał się ku niej ciągle i wypytywał, czy wygodnie siedzi i ma dość miejsca przy stole. Kazał przynieść kwargli i bułek — i wszystko to postawił przed Kaśką, prosząc, aby sama jadła i częstowała kompanię. Kaśka wzięła jeden tylko kwargiel, choć bardzo lubiła ich ostry zapach, bała się jednak okazać „niepolityczną”. Ślusarz nie pozostał w tyle, kazał dać jedną „kolej” — i wkrótce cztery kieliszki czystej żytniówki pojawiły się na stole. Spełniono raźno niewielkie miarki, a nawet Kaśka z przyjemnością wychyliła swój kieliszek. Dziwiono się tylko, że te kieliszki prędzej by służyć mogły za naparstki dla jakich szwaczek. Jan chciał raz jeszcze spróbować, bo przysięgał się, że nawet nie czuł, jak mu się wódka przelała przez gardło. Miał język zupełnie suchy, nawet się nie zmoczył od tych kilku kropel. I przywoławszy kelnera, zażądał cztery „pestkówki”.

Teraz towarzystwo zsunęło się bliżej. Zanosiło się na „traktament” na serio. Najlepiej wtedy siedzieć blisko siebie, ot, jak dobrzy przyjaciele. Jan przysuwa do siebie Kaśkę, która tuli się do niego w półsennym rozmarzeniu. Nie ma dobrej głowy ta dziewczyna! Zaledwie wypiła jeden kieliszek, a już ma oczy jak szperki. „Pestkówka” smakowała lepiej — trochę słodkawa, ale o wiele przyjemniejsza. Ślusarka opowiada, że nieraz cierpi na „nerwy” i wykrzywia dziwnie przy tych słowach zniszczoną twarz starej złośnicy.

— Jak mnie chyci, to wszystkich bym po gębie biła — mówi, dając wyobrażenie o rodzaju nerwowych napadów, których nieraz cały warsztat i kuchnia jest główną widownią. — Uspakajam się tylko waniliówką, to mi dobrze robi, zaraz zasypiam.

Jan, śmiejąc się, proponuje zażycie tego środka. I on cierpi czasem na „nerwy”, zwłaszcza gdy śmiecie na dziedziniec wyrzucą. Spróbuje, czy pani majstrowa prawdę powiada. Ale ślusarz nie chce pozwalać na tego rodzaju despekt. Ta kolej do niego należy, tym bardziej, że to jest proste lekarstwo używane przez żonę.

Po trzecim kieliszku Kaśka doznaje dziwnego uczucia, pić musi, bo inaczej obrazi kompanię i nigdy ją nie wezmą ze sobą. Ona przecież wie, co się grzeczności komu należy. Tylko ta ostatnia wódka zawraca jej dziwnie w głowie. Wszystko się miesza przed jej oczyma, drzewa, ludzie, kufle, stoły — zlewają się w jakąś bezkształtną masę. W głowie czuje jakby coś obcego, jakąś bryłę, którą jej włożono mimo jej woli. I obiema rękami opiera się na stole, aby nadać sobie pozory zupełnie pewnej siebie osoby. Tak, stanowczo ten Jan jest najpoczciwszy z ludzi, skoro się z nią tak godnie obchodzi i fetuje ją jak jaką hrabinę. Czymże ona zasłużyła na tyle dobroci i w jaki sposób mu się odwdzięczy?