Żem ja cię za frajlu miał”.
Jan uważa za stosowne wmieszać się w tę sprawę.
— Cicho ta, ty świecąca nędzo! Idź do kantyny wyć, a ludziom uspokojenie zostaw.
Kaśka z trudnością otwiera oczy i pociąga Jana za połę „tuziurka”. Po co się kłócić z jakimś pierwszym z brzega? Czy chce pójść na inspekcję?
Jan, uspokojony trochę, siada i woła o cztery koniaki. Kaśka stanowczo pić więcej nie chce, już i tak dusi ją pod piersiami. Jan nalega, mówią sobie „ty” i głowy ich dotykają się, tak siedzą blisko siebie. Zresztą mogą się nie krępować wcale, uwaga publiczności skierowana teraz na pewną familijną scenę, która się rozgrywa przy samym wejściu do ogródka. Jakieś małżeństwo poróżniło się przy ósmym kuflu piwa — teraz wzajemnie wyrzucają sobie rozmaite zdrożności popełnione. Ona broni się zawzięcie jak lwica, napełniając ciasne wnętrze ogródka trywialnym wrzaskiem na wpół pijanej rzemieślniczki.
— Jestem ślubne dziecko! Macierzyńska córka! Nie dam sobą poniewierać, jak jaką najduchą.
Mąż z równym wrzaskiem wygłasza pewne wątpliwości co do jej pochodzenia; publiczność zaczyna się niepokoić i powstaje z miejsc dokoła kłócącej się pary. Płacz dzieci czepiających się spódnicy rozszalałej z gniewu kobiety dopełnia miary tego chaosu i zamieszania.
Tymczasem cienie zalegają ogródek. Ponad tym wrzeszczącym, pijanym tłumem noc rozpościera swą zasłonę. Tu i ówdzie pojawiają się na stołach świece osłonięte od wiatru szklanymi kloszami. Ślusarka, zupełnie waniliówką pokrzepiona, staje się niezmiernie czuła i wylana względem męża.
— Słuchaj, mężu! Daj buzi, kiedy cię ślubna żona prosi.
Kaśka przygasłym wzrokiem spogląda na te pieszczoty. Wie, że powinna iść do domu. Państwo czekają. Ba! Ale nogi ma jakby z ołowiu, a senność ogarnia ją zupełnie...