Nie odpowiedział nic. Przypatrywał jej się uważnie. Wreszcie wyrzekł powoli:

— Zresztą — to naturalne. Co pani może zależeć na mojej obecności?...

Ledwo wyrzekł te słowa, ona już była górą. Widząc, jak czekał zaprzeczenia, wyczuła po prostu manewr z jego strony. Ucieszyła się płytkością i banalnością tego manewru. Postanowiła wzmocnić dozę i ze swej strony niewybrednych środków. Powoli, jakby niedbale, rozchyliła purpurową oponę. Zaświtała jasność piersi, do pół obnażonych i obramowanych złotem haftu, jakby jakieś kosztowne, drogocenne perły. Odetchnęła ciężko. Niby pod wpływem gorąca. Piersi zafalowały. Nie patrzyła na mężczyznę. Nie wiedziała jednak, co w niej gra. Rozpaczliwy wstyd, choć tak łatwo obnosiła swe obnażone ciało pod tiulem sukien po ulicach miasta.

— Przyjdzie pan! — wyrzekła ślicznym, pieszczotliwym głosem.

Chwila pauzy i wreszcie głos mężczyzny:

— Przyjdę!

Powstała, skłoniła mu się i skierowała ku sypialni.

— Powtarzam, że sama panu przypomnę.

I znikła.

W sypialni usiadła na krześle wyczerpana. Nie widząc go przed sobą, nie mogła dotrzeć prawdy. Czy rzeczywiście jego metresa przyjeżdżała, stęskniona za nim, a co gorsza, może przez niego sprowadzona? Czuła się w pozycji wodza, który ma lada chwila przegrać najważniejszą bitwę. Egzaltowała się, podniecając swą wyobraźnię, jakoby Halski był owym jedynym, którego bądź co bądź zdobyć musiała.