Od stóp do głowy przebiegł ją war.

— Ktoś...

Chciała dodać: „z Warszawy”. — Opanowała się. Osunęła się wdzięcznie na kanapkę, obciągając silnie na biodrach krepę szalu.

— Och! Trafi pan na pociąg wieczorny. Sama panu przypomnę i wyprawię.

Byłaby go po prostu rozdarła za tę walkę, którą z sobą toczyć musiała.

— Doprawdy, nie wiem...

Zaczęła się śmiać nadzwyczaj dźwięcznie i szczerze.

— Wie pan, to lepiej, że ten ktoś do pana przyjeżdża. Cieszę się z tego.

— ?...

— Tak, bo nam pan nie ucieknie.