— Ażeby mnie posiąść, nie należy chcieć wejść przez moją sypialnię.

Odparł spokojnie, lecz z pewnym, równie zuchwałym błyskiem w oczach:

— Ażeby chcieć mnie posiąść, nie należy chcieć zaprowadzić mnie przed ołtarz!

Opadła po prostu ze zgrozy. Uczuła się nagle prześwietloną i przejrzaną na wskróś. Uczyniono to brutalnie i dano jej odprawę jak policzek.

W tej chwili znienawidziła Halskiego.

Kto wie, czy i on jej nie znienawidził.

Ścierali się wzrokiem i wpajali się w siebie z furją.

Nie było to dwoje możliwych w przyszłości kochanków, lecz dwoje istot, walczących o szmat jego wolności, na który ona czaiła się z ostrożnością i przebiegłością indjanina, a on warczał i bronił jej na wzór drażnionego tygrysa w klatce, któremu chcą zabrać kawał gnijącego żarcia. Nienawistna walka dwu płci rozpętała się w całej pełni.

Rena porwała za stojący pod jej ręką kieliszek szampana i wychyliła go duszkiem. Nie wiedziała, co robi. Uczuła gwałtowny ból w samym tyle głowy. Czerwone płatki wirowały przed jego oczyma.

Przywołała Alego.