Nie strząsała ze swej szyi ust mężczyzny — lecz stała się nagle martwą i zimną w jego rękach. — Tak silną i nagłą była ta przemiana, iż wyczuł ją, jakby jasnowidzeniem. — Odsunął się sam i patrzył na nią z oddalenia. — To dopomogło jej do zupełnego zawładnięcia sobą.

Otworzyła powoli oczy, jakby wychodząc ze snu.

Nieokreślony uśmiech ironji zeszpecił jej usta.

— Czy to jest cały pański repertuar? — zapytała przeciągle.

Przeraził się.

Uczuł, że mu się wymyka i że oddziaływanie jego na nią jest widocznie zbyt słabe. — Tak sądził, nie mając do tej chwili nigdy sposobności do walczenia z taką siłą wkorzenionych w istotę kobiecą pragnień zastosowania się do szematu, nakreślonego przez ludzkość. Zwykle takie sam na sam, takie przedwstępne upojne pocałunki, w których celował, niweczyły wszelkie skrupuły i kobiety padały mu na ręce bez woli, a raczej z wolą doznania strasznych dreszczów rozkoszy, w której ginie się i odradza nieśmiertelnym prądem. — Gdy sądził ją już na tyle jakby zdrętwiałą, że dla niej nie istniały zewnętrzne światy, lecz koncentrowało się wszystko w jednem, niewysłowionem pragnieniu szczęścia, które sprowadza na usta kobiety uśmiech, oczy jej przysłania łzami, ona miała na tyle siły i panowania nad sobą, aby z tych światów „obok” zaczerpnąć brzydką ironię i z lodowym chłodem podać mu jakby kryształowy kubek pełen lodu.

Nie chciał jednak przyznać się do przegranej, tem bardziej, że doszedł sam do paroksyzmu namiętności.

Wyciągnął ku niej ręce...

— Pachniesz... ambrą... — wyrzekł ochrypłym głosem — masz ciało kobiet, które pachną wschodem...

Milczała.