Wlokąc się tak ulicą, potknęła się o jakiegoś mężczyznę.

Był to Ottowicz.

Stał przy jakiejś wystawie sklepowej damskich kapeluszy, w postawie wyczekującej. Był piękny jak zawsze i melancholijny. Nie miał pozoru uwodziciela, lecz raczej uwodzonego. To się odrazu wyczuć dawało.

Zobaczywszy Renę, powitał ją uprzejmie.

— Gdzież tak? Gdzież tak spiesznie? — żartował.

— To mniejsza, gdzie ja dążę... ale co pan tu robi przed naszą wystawą?

— Czekam!

— To pana rola...

Zaczął się śmiać.

— Ma pani rację. Jestem z tych ludzi, którzy zawsze czekają. Gdy budzę się rano, czekam, że mnie coś we dnie spotka, czekam w południe, czekam wieczorem, czekam całe życie.