Gdyby mogła, padłaby na kolana przed własnem sercem, przed sentymentem.
— Odezwij się! Ratuj mnie!...
Odwróciła się ku oknu, przez które znów świt leniwie zmęczony się wkradał.
— Ja ko-cham! ko-cham!... — szeptała zbielałemi usty.
I tuląc swe ręce do piersi, gniotąc i kalecząc swe ciało, dodała:
— Tylko kocham! Tylko kocham! Nic więcej.
*
Robiła to ustępstwo. Przyśpieszała wyznania, odrzucała formy przejściowe, aby coś stłumić w sobie, czego dopuścić na powierzchnię nie chciała. Wchodziła w układ z samą sobą. Decydowała się na ustępstwo.
— Będziesz kochać, kochać nieszczęśliwie, beznadziejnie. To ci wolno... to cię nie shańbi. Przeciwnie, to jest piękne, szlachetne, to należy do uczuć wyższych, na które zdobywać się mogą tylko doskonalsze gatunki kobiet.
Uspokoiło ją to trochę. Zdawało się jej, że walka jej skończona. Ogarnął ją teraz bezgraniczny smutek. Szło jej głównie o to, aby nadać mu ton specjalnie melancholijny.