— Ach! Niech jedzie. Należą mu się wakacje. — Zresztą być może, że wymuszę to na nim, że pojedzie do żony, do Zakopanego, na jakiś czas dłuższy.
Rena przybrała wyraz najwyższej ironji, na jaką ją stać było.
— Czy nie jesteś zanadto szlachetna...
— ?...
— No tak! Odstępując z taką wspaniałomyślnością swego... adoratora.
Chciała powiedzieć „kochanka”, lecz nie miała na tyle odwagi.
Weychertowa wydęła usta.
— Och! Redaktorowa jest chora, to wiadome. On właściwie jest jej bratem, przyjacielem... A to w każdym razie — żona... Należy się jej to.
— Nie kochasz go więc?
— Ja?