— No... sama przecież mówiłaś! Nie chciałaś go...
Rena wzburzona usiadła na łóżku.
— Co? On śmiał mówić z tobą... o... tem?
— Moja droga! Przecież sama to rozgadujesz przy Jance... u mnie!
Z powiedzenia Weychertowej głównie utkwiło Renie trywialne słowo „rozgadywać”.
Kumoszkowatość jakaś, zastosowana do tego, co chciała postawić na ołtarzu romantycznej tkliwości.
— Zrobiłam wzmiankę, dyskretnie... — zaczęła — nie rozgaduję jak kwoka plotek. Zostawiam to takim panom i ich wyuzdanym kochankom. Mają o czem mówić ze sobą w chwilach swych... połączeń. Bo tak podobno się to zwierzęce szkaradztwo pomiędzy nimi nazywa...
Dyszała cała, zarumieniona nagle. Patrzyła Weychertowej prosto w oczy. Nienawidziła ją. Odczuwała instynktownie, jak tam oni oboje, nasyceni, musieli wzgardliwie rozbierać jej chłód, jej brak temperamentu, szydząc z tego, według nich, „kalectwa”.
Lecz Weychertowa była ciągle spokojna, jednakowo zadowolona, uśmiechnięta.
— Dlaczego się tak mienisz? — zapytała. — Ponieważ nie robiłaś z zajścia pomiędzy Halskim i sobą tajemnicy, mówiono o tem wczoraj wieczorem, w kawiarni — przy stoliku... — ot... jak się mówi o czem innem.