— Winszuję hołocie zachwytów...
— Bądź zdrowa!
— Żegnam cię!
I gdy Weychertowa wyszła — pięście Reny zacisnęły się konwulsyjnie. Obrzydliwy wyraz trywialnej pasji pojawił się na jej twarzy.
— Ach! Ty!... Ty!...
Nieledwie plunąć chciała uliczną obelgą. — Lecz zwróciła się do lustra i tam dojrzała siebie z żyłami nabiegłemi krwią — brzydką — zczerniałą.
— To przez nich! To przez nich! — szeptała, siadając na szezlągu. — Ale zaraz... zaraz... co robić, powoli — powoli — uspokój się!... Namyśl!
I wpatrzona tępo w kwiaty dywanu, myśleć z całej siły zaczęła.
XII
I oto, co wymyśliła.