Naturalnie — bardzo po kobiecemu.
Przedewszystkiem... list do Halskiego. Tak wygląda ten list:
— „Panie! Darowałam panu wiele — i uczyniłam źle. Po brutalnej napaści Pana należało przypomnieć Panu, jaka przepaść dzieli kobiety, które czują się szczęśliwe, stając się Pana kochankami — od takiej kobiety, jaką ja jestem. Źle piszę „przypomnieć” — lepiej byłoby użyć tego słowa „pouczyć” — gdyż jesteś Pan jednym z tych nieszczęsnych wydziedziczonych, którzy będą żyć zawsze niższym gatunkiem życia i ponad tę niższość wznieść się nie będą w stanie”...
Pisała ten list bosa i w koszuli, siedząc — z kałamarzem ustawionym na krzesełku, z teczką na kolanach. W swej długiej, białej szacie, skurczona na brzegu purpurowego szezlągu, z promieniem słońca, ścielącym się po dywanie, miała pozór grzecznej dziewczynki z angielskiego keepsaka. Niktby przypuszczać nie mógł, ile w tej wizji porannej o kształtach wiotkich i ślicznie sharmonizowanych, mieściło się burzy szkodliwej i prawie pospolitej.
— „Czy Pan!”...
Zaczęła i urwała. — Wszystko, co cisnęło się jej pod pióro, było za mało śmiałe, paradoksalne i jakieś niezależne. Za kilka wyrazów nie nadto zużytych, mogących mieć w sobie moc piorunu, druzgocącego zupełnie zadowolenie i nasyt, w jakich obecnie Halski musiał być pogrążony — oddałaby dużą część życia. — Lecz — nic nie zjawiło się w jej myśli, coby odpowiadało piekącemu bólowi, targającemu jej nerwy. — Przeciwnie, same proste, bijące swą szczerością słowa, rwały się ku niej bez godności, bez wyższości dystyngowanej. — Widoczne było, iż rodzaj jej cierpienia był w podstawach swych zupełnie naturalnym — że spełniono tu jakiś występek przeciw jej naturze i że wysłowienie tego bolu, był to poprostu krzyk prymitywny dławionej i nękanej samicy. — Natomiast całe jej pokręcone układanie się w istotę, odczuwającą tylko uczucia szlachetne (sentiments généreux), kazało jej gwałtownie wyłazić na szczudła dostojeństwa i tam szukać odpowiedników dla wyrażenia swej pasji.
I nie znajdowała ich. — Winiła tu więc nie siebie, nie schodziła do istoty rzeczy, lecz czepiała się już wytworów sprawy i pasję całą kierowała ku tamtym dwojgu, którzy utonęli według niej w niemoralności postępków. Nie umiała jednak już rozmotać niemoralności tej, która zaczynała zasnuwać się mgłą nierozpoznawalną w jej umyśle. Tylko upór teraz wydobył się na plan pierwszy. Upór jakiś oślepły i najpodlejszego gatunku. Nim zaczęła pokrywać i zastępować swe uczucia najcenniejsze i z niego czyniła sobie źródło swej siły. Mętne jednak było i prawie chorobliwe. Nie mogła przed niem uklęknąć i pić zeń dla orzeźwienia. — Siadała opodal i uparcie przyzywała je, nadając mu twarde imiona wielkich Szlachetności.
A wszystko to było fałszywe i już zaczynało prześwitać ku niej błyskiem doskonałej Prawdy. — Nie było w tem przewagi zaprzeczenia i dławienia instynktów życia. — Coś już świtało, przezierało przez skłębione chmury wyidealizowanej moralności.
Więc list pisać Renie było trudno. Wzięła się do niego z rozpędem i stanęła w połowie bezsilna. Jakieś pęty nakładały się jej na duszę.
Coś łkało, coś wyło, ot, po zwierzęcemu...