Rena na tej samej teczce nakreśliła na czystej ćwiartce papieru:

— „Kochany mały! Przyjdź dziś do mnie na obiad — R”.

I oddała pokojówce.

— Każ to wręczyć p. Kaswinowi!

Pokojówka znikła. — Rena wróciła do listu, pisanego do Halskiego. Nagle wydało się jej, że nie jest sama w tym świecie idealnym, że nie jest śmieszna — że obok niej są inni, którzy potrafią obdarzać kobietę kwiatami uczucia i wyznawać muzykę miłości.

Rozzuchwaliło ją to.

Przeczytała list od początku i znalazła go bardzo dobrze. — Zaczęła znów pisać szybko i prawie z jakąś okrutną radością.

— „Bref, zakazuję Panu wymawiania mego nazwiska w podobnem towarzystwie. A ponieważ towarzystwem Pana — zwłaszcza obecnie — są osoby więcej niż dwuznacznej opinji, sądzę, że Pan uczynisz mi tę łaskę i o mnie nigdy mówić nie będziesz”.

Nie wiedziała jak zakończyć — wreszcie z wielkim impetem podpisała swoje imię i nazwisko. — Włożyła w kopertę i zakleiła. Lecz szybko rozerwała i, prawie nie patrząc, dopisała: — „Oczekuję wytłumaczenia”. — Chciała dodać „osobistego”. — Ale tu już szarpnęła się w niej duma.

— Przecież przyjdzie! Naturalnie... przyjdzie!... — pomyślała.