Wyprawiła pokojówkę z listem, nakazując jej odnalezienie p. Halskiego i przyniesienie odpowiedzi. — Potem zaczęła gorączkowo czesać się i ubierać. Nagle rozplotła włosy i rozrzuciła je na ramiona.

— Przyjmę go z rozplecionemi włosami, powiem, że mnie głowa boli...

Wiedziała, iż w ten sposób ma pozór Madonny. — Kochała się wtedy w sobie — przypatrywała się we wszystkich lustrach.

Drżącemi rękami czyniła sama porządek w salonie, sypialni. — Ustawiała efektownie wazony z kwiatami. Na pierwszym planie umieściła grupę owych białych, fjołkami osypanych, tancerzy. — Na ziemi rzuciła trochę azalij. Na fotelu, w salonie, biały krepowy szal przewiesiła przez poręcz i położyła tom Musseta, założywszy kwiatem stronnicę słynnego sonetu, noszącego tragicznie smutny tytuł: Jamais!

Gdy wszystko to ukończyła i pospuszczała do połowy story, manewrując światłem jak fotograf — nagle przyszło jej na myśl, iż czyni to wszystko na próżno. — Wszak Halski, mimo zaniedbania, jaki zachował dom Weychertów, tam właśnie szukał sobie kochanki. Lecz zaraz przebiła tę myśl.

— Siłą kontrastu! Siłą kontrastu! — powtórzyła, tupiąc nogą o dywan.

Wyszła na balkon i cała w bieli i w koronkach czyniła wrażenie jakiegoś zjawiska, wyrastającego z pasów purpurowych kwiatów, bramujących kraty balkonu. — Gorączkowo wypatrywała pojawienia się pokojówki z odpowiedzią Halskiego. — Natomiast dostrzegła powracającą z miasta kucharkę, obładowaną zielenią szpinaku, sałaty i kilkoma pękami bławatków. — Przypomniał się jej Kaswin i dzisiejszy obiad. — Kto wie — może Halski przyjdzie tak, iż zostanie na obiedzie...

Podniosło ją. Wbiegła do mieszkania, aby wyjąć srebro stylowe i adamaszkowy garnitur stołowy. — Niech myśli, że u mnie tak codziennie! Siłą kontrastu, siłą kontrastu!...

Zadzwoniono. — Wszystka krew zbiegła jej do serca. — Lecz było to tylko wezwanie z konsystorza, aby stawiła się za dwa dni o dziesiątej z rana, dla dodatkowych przesłuchań w sprawie rozwodowej. — Rzuciła z wściekłością wezwanie na stół.

— Komedja! Komedja!... — syknęła.