I znów przemknęło jej przez głowę — pogodzić się z mężem. — I zaprosić wtedy Halskiego i Weychertową! — Bohusz doskonale się prezentuje — mężczyzna w całem tego słowa znaczeniu. Zaimponowałby zwierzęco obojgu. — Kto wie, czy nie byłaby to najlepsza zemsta pod ręką...
Ktoś jej mówił, że Bohusz pije i to prawie nałogowo — że widziano go w jakimś handlu śniadaniowym, jak zupełnie nieprzytomny, siny, zapalał zapałki w kieszeni od marynarki — ku wielkiej uciesze kelnerów i piccolów.
To ją ostudziło. — Wydało się jej to malpropre. Innego wyrazu na to błaznowanie pijackie po knajpach nie znajdowała.
— Nie — myślała — nie zaimponowałabym Halskiemu, a sama pogrążyłabym się w bardzo ciężkie ponownie życie. —
W tej chwili powróciła pokojowa. Oznajmiła, iż z trudem znalazła pana profesora. — Oddała mu list. Przeczytał i powiedział, że — odpowie.
— Trzeba było nalegać.
— Mówiłam, iż jaśnie pani kazała koniecznie, ale pan profesor się skrzywił i powiedział — dobrze! Odpiszę!...
Rena oblała się krwią. — To „skrzywienie się” — pana profesora wobec sługi uznała za nową obelgę. — Wydęła usta i weszła do sypialni. Usiadła na fotelu i nie traciła jednak nadziei, że lada chwila usłyszy dzwonek. — Cicho jednak było — pokojowa tylko sprzątała w salonie. Rena czuła, iż ta dziewczyna burzy cały układ azalij, szala, Musseta — ale zaprotestować czegoś nie śmiała. Jakiś lęk ogarniał ją — lęk przed zrobieniem fałszywego kroku, któryby ją ośmieszył, bodaj przed nią samą.
O porze obiadowej zjawił się Kaswin, uszczęśliwiony, w rusztowaniu kołnierzyka, zakrawającem na średniowieczne tortury. — Przypadł jej do rąk i pił z nich biel i delikatne, miłe ciepło. Skarżyła mu się dziecinnym głosem na fikcyjny ból głowy. Żałował ją i usiadł zaraz u jej nóżek. Gdyby nie ciemno-czerwony krawat, który ją drażnił, byłaby nawet z pewną przyjemnością tolerowała go wzrokowo. — Zapomniała podziękować mu za holenderską grupę i fijołki. On, który zapewne wydał na ten prezent połowę swej pensji, pobieranej za koncepopraktykanturę, starał się po gentelmeńsku nie przypominać i nie domagać się podziękowań. Rena co chwila zapadała w milczenie i owijała się wtedy siecią rozpuszczonych włosów. Zjedli obiad w delikatnem milczeniu — ona w ciągłem oczekiwaniu, on żałując ją i przesadzając temi żalami siłę jej „migreny”. Na czarną kawę przeszli do pokoju Reny i ona natychmiast utonęła w poduszkach szezląga — podnosząc się tylko od czasu do czasu, aby spojrzeć na godzinę, którą znaczył zegar „po Stanisławie Auguście”.
Kaswin — usiadł naprzeciw niej, na małym taburecie, w grzecznej pozie dobrego chłopca. W gruncie rzeczy był dziś silniej, niż kiedykolwiek zdenerwowany. Był to neurastenik pierwszej wody i szczycił się chwilami tą neurastenją, jakby czemś nadzwyczajnem. Rozpusta drobna i pełzająca dopomagała mu do stania się niedługo najdoskonalszym niewolnikiem swych pasji — ogromna doza sentymentalizmu kazała mu znów roztkliwiać się nad sobą i w danych chwilach ten sentymentalizm podnosić do godności sentymentu. W życie swe płciowe wtrącał komiczne idealizmy i bezpodstawowe smutki, które tłoczyły się nań chorobliwie i wydawały mu się konieczne, musowo do przeżycia. Z tego amalgamatu powstawały jakieś nocne wycia, rozpaczne, po hotelach pół żydowskich, w towarzystwie zalanych łzami i usmarowanych likierami, rosyjskich najczęściej „śpiewaczek”, które wypłakiwały swe „dole” na żydowskich pościelach, lub o deszczowych, spóźnionych zimnem dniach jesiennych, tworzenie sonetów, pełnych łez i uwielbień w stronę takich Ren, której siłą nawyknienia było poczucie „skromności” nawet w chwili największego napięcia namiętności. Były to jego tak zwane przez Beylego „osobiste szczegóły” — pomieszanie temperamentu melancholijnego, a namiętnością zmysłową, potrzebującą koniecznie wyładowania. Ponieważ Kaswin nie umiał i nie chciał nałożyć cugli w jednym kierunku, powstały z tego u niego dziwolągi życiowe, chybiające ciągle prawdziwej drogi do szczęścia. Kaswin był nieszczęśliwy, rzucał się w odmęt erotyczny, nie znając prawideł miłosnych. I przez to był często śmieszny, drgając ciągle pragnieniami, znoszącemi się nawzajem. Nadał jednak nieszczęściu swemu piętno sentymentu świeżości młodzieńczej i wabił tem ku sobie zmęczone chwilową jakąś pasją spopielałe dusze.