— Pójdź po dorożkę...
Uciekł się do kłamstwa.
— Mam bardzo ważny interes dziś wieczór, jutro...
Nagle porwał ją szalony gniew.
Nagle spojrzała na niego brzydkiemi oczyma.
— Co robi tu ten wypomadowany smarkacz, który nie jest w stanie nawet rozerwać ją w takiej podłej, fatalnej chwili? Czego ją nudzi od tylu godzin, opowiadając o Krishnach, Dewakich — i żydowskich bibljach po to, aby zjechać do doskonałości i perfekcji, z jaką podobno umieją oddawać się przygodne kawiarniane kochanki?
I z niewysłowioną pogardą pożegnała swego gościa, podając mu niedbale lewą rękę, nie wiedząc, iż dotknięciem tem, lekkiem i wzgardliwem, przelewała w dłoń mężczyzny cały prąd gorąca, który zaczynał miotać i ciskać dokoła niego chimeryczne zjawiska pożądań.
— Bądź zdrów! — wyrzekła oschle. — Chcę zostać samą!
Odszedł.
I została sama wśród różowego zachodu słońca, złota azalij — z listem Halskiego w ręku.