Rena powoli, cicho, zesunęła się z dorożki.

— Poczekajcie! — rzuciła woźnicy.

Unosząc sukni, weszła do bramy. Przesunęła się jak cień pod baldachimem swego Gainsborougha. Brama była cudownie sklepiona, bogata w styl, odwodzący od rzeczywistości.

Lecz na Renę działały tylko wewnętrzne pożądania. Wyszła na dziedziniec wielki z zatoczonem kołem wjazdowem. W głębi wznosił się pawilon, prawie opuszczony i zaniedbany. Był mimo to jeszcze wdzięczny i tajemniczy ze swemi schodami kamiennemi i balustradą, która, mimo lat ubiegłych, zachowała w całości swe słupki. Osiemnasty wiek, trochę zmanierowany, zamiast dawać schronienie jakiej parze, zbiegłej z Embarquement pour Cythère — był obecnie mieszkaniem pijaka szewca i wiecznie ciężarnej praczki.

Rena przeszła mimo, nie słysząc głosu murów, oznajmiających z rozpaczną melancholją swą niedolę. Szukała wzrokiem okien gniazda Weychertów.

Znalazła je.

Świeciło się tylko w kuchni i w dziecinnym pokoju zaledwie dostrzegalną była smuga nocnej lampeczki. Na ganku, obiegającym piętro, wisiały jakieś białe płachty. Rena z ironją przyglądała się tej odwrotnej stronie medalu.

— Zaiste — pociągające!... — pomyślała.

Nagle ze schodów kuchennych, przez czeluść cuchnącej sieni nadleciała na dziedziniec niańka Weychertów. Poznała stojącą na środku dziedzińca Renę i zatrzymała się.

— Całuję rączki wielmożnej pani! A naszej pani niema w domu.