— A!

— Wyszła pani, jak się ściemniło.

— Może... do kawiarni.

— Nie! Pani się nie ubrała. Poszła pani bez gorsetu i w matince pod płaszczem. Tak gdzie...

Rena uśmiechnęła się z przymusem.

— Tak gdzie... zapewne.

Czuła, że powinna coś dodać.

— A... dzieci zdrowe?

— Zdrowe, tylko najmłodsze coś kaprysi. Ja idę do sklepiku po mydło.

— A... pan redaktor? Czy wrócił?