— Nie! Właśnie pani nam mówiła, że gdyby pan redaktor prosto z kolei przyszedł, to niech poczeka w salonie, bo pani przed szperą wróci.

— A... tak.

— Tak! Całuję rączki!

Poleciała. I Renie drugorzędnie przyszło na myśl forsowne porównanie wielkiego podobieństwa tej rozmamranej dziewki z Weychertową.

To samo bogactwo przelewającego się ciała z różowym odblaskiem i rzadkie, trochę kręcone włosy płowe, o barwie włosów chłopskich dzieci. Przytem wybałuszanie oczów i nie wyraźny, przeciągliwy głos, szarpiący ukryte zmęczenie nerwów...

Powoli powróciła do dorożki i wsiadła do powozu. Teraz była pewna, że Weychertowa jest u Halskiego.

— Poszła bez gorsetu w matince... — bezwstydna!

Mimowoli rzuciła dorożkarzowi słowa:

— Jedź, gdzie chcesz...

— Na spacer?