I nagle z gestem zuchwałym, ściśniętą pięścią, uderzyła z całej siły w szybę — jednej szafy.
— Przeklęci!... Przeklęci!...
Kto? Nie umiała sformułować.
Tylko pierś jej wzbierała rozpaczną chęcią walki i zdawało się jej, że czuje się do tej walki zdolna. Całe lawiny skarg, zarzutów, cisnęły się jej pod czaszkę. To stłuczenie szyby, poza którą widniały szare stosy dowodów, w jakie karby ujęto ludzkość — ta krew, która nagle polała się z jej ręki, nie oprzytomniła jej ani na chwilę. Przeciwnie — ból — posoka krwi podnieciły ją.
— Oszukano mnie!...
Postanowiła rzucić ten krzyk, ten bunt, w oczy areopagowi, przed którym stanie za chwilę. Badać ją będą — według szablonu — punkta przedkładać, „na mocy których unieważnia się małżeństwa”. Lecz ona im przedłoży punkt, który uderzy w nich, jak grom — powie im, że wyzyskano ją, oszukano i obecnie włóczą ją po cierniowych drogach wykrętów i kłamstw, aby pokryć swoje własne uwodzicielstwo...
Powie im...
*
Drzwi wejściowe otworzyły się cicho. Zaledwie skrzypnęły. Rena podniosła oczy. Przed nią stał wysoki, smukły, niemłody mężczyzna w sutannie. Twarz miał żółtą dziwnie, tą żółtością, jakby z innego świata, a równocześnie nadającą chorobliwie dystyngowane piętno jego rysom. A rysy te były bez zarzutu, tak prostolinijne, tak doskonałe, że aż ta doskonałość przerażała. Brwi, nakreślone silnie, miał ściągnięte tak, iż prawie schodziły się ze sobą. To nadawało szczególny wyraz natężonej uwagi jego oczom — przenikliwym i głęboko w czaszkę wsuniętym. Usta zacięte miały wygląd ust, poza któremi niema miejsca ani na słodycz, ani na jakiekolwiek rozdrażnienie, wynikające z uczuć, bądź radości, bądź osobistego, wewnętrznego smutku.
Cały ten człowiek zdawał się stać wyniośle na straży czegoś, co zapewniało mu silną podstawę i wyróżniało z pośród innych. Lodowy chłód otaczał go i zdawał się bić od niego.