Czuć było, że w chwili, gdyby ktoś cierpieniem znużony, padł mu na ręce, ten człowiek byłby zapytał:
— O co chodzi? Nie pojmuję...
Oczyma zwarli się przez chwilę z Reną. Ona pod wrażeniem jego źrenic przeszywających, chłodła i drętwiała. Ujarzmiał ją. Rękę skaleczoną schowała za siebie, posunęła się, aby nie widział okruchów rozbitej szyby. Wobec jego wyniosłości, to co uczyniła, wydało się jej dziecinnym, śmiesznym czynem...
Suchym gestem wskazał jej drzwi, prowadzące do dolnych izb.
— Proszę...
Przeszła, owijając rękę w spiesznie dobytą z woreczka chustkę.
Na stole stał krucyfiks pomiędzy dwoma świecami.
Izba była prosta i naga, jak pierwsza — zalana tylko potokami słońca.
Ksiądz powoli, systematycznie zapalił obie świece. Blade światełka zamigotały ubogo na tle słonecznej jasności.
— Proszę pani!...