Zbliżył się — i w miarę tego zbliżenia twarz jego stygła, przybierała wyraz obojętny, a Rena zaczynała czuć, iż pewność ją opuszcza, natomiast furja jakaś, połączenie nienawiści z chorobliwą tkliwością nerwową, występuje i zatapia ją w odmęcie swoim.
Całe snopy fluidu biły w nią taranem. Potarła ręką twarz, zacięła usta.
Stała nieruchoma i czekała.
— Czem mogę pani służyć? — zabrzmiało z ust jego obojętnie.
Zdobyła się na całą moc woli. Dobyła ją z głębin duszy. Cofnęła się trochę, bo żar jakiś owiewać ją począł.
— Chcę z panem chwilę porozmawiać.
— Służę pani!
Stanął przy jej boku, jakby gotując się do wspólnej przechadzki po ścieżkach ogrodu. Ruchy miał niedbałe i zauważyła mimowoli, iż przypominał jej jednego z aktorów, który grywał często role salonowe. Ta poboczna myśl nie ochłodziła jej. Przeciwnie, raczej podnieciła, gdyż podniecający jest urok komedjantów wraz z całym ich aparatem na wrażliwość kobiecą.
— Nie tu! — wyrzekła — nie tu...
Zastanowił się chwileczkę, wreszcie zdecydował: