— Pan profesor zaraz przyjdzie.

Rena odwróciła się i podeszła trochę ku krzewom, które zarastały dziko dziedziniec. Instynktownie ukryła się za jednym z nich.

Zdawało się jej, że jest kilkunastoletnią dziewczynką, która popełnić ma jakiś karygodny występek. W tej chwili z gmachu wyszedł Halski i stanął na środku alei, rozglądając się dokoła. Zdziwiła się, iż wydał się jej tak w oddaleniu mały, drobny, szczupły — nie imponujący. Zdawało się jej, że odzyskała odwagę, że mieć będzie sił dosyć do zmagania się z nim.

Z pewną efronterją wysunęła się z poza krzaków.

— To ja! — wyrzekła, wyciągając rękę.

On cofnął się i przypatrywał się jej chwilę z pod zmrużonych powiek.

— To... pani? — zapytał.

— Czy spodziewał się pan kogo innego? — rzuciła mu jakby wyzywająco.

Na twarzy jego zarysowało się prawie uradowanie — coś, z czem witamy jakieś miłe, radosne zjawisko.

— Może... w każdym razie na panią nie czekałem!