Odmówiła lekkim gestem. Czuła, iż musi zacząć mówić, a coś ją dławiło w głębi gardła.
Wreszcie opamiętała się. Dostrzegła jakiś błysk, jakby ironji, w jego oczach, coś na kształt litości.
To zdecydowało.
— Nie lubię! — wyrzekła tępo — nieporozumień. Pomiędzy nami jest właśnie teraz nieporozumienie... Chcę je wyrównać, właściwie wytłumaczyć Panu... to jest, raczej zażądać wyjaśnienia...
— Och, Boże! — przerwał prawie niegrzecznie — co tu wyjaśniać? Takie to wszystko jasne i — doublement proste...
— Tak... raczej prostackie. Te plotki głupich kobiet, powtarzających Panu niestworzone rzeczy...
Uniosła się. W jednej chwili widmo Weychertowej stanęło pomiędzy nimi.
— Głupich! — ciągnęła — głupich, ordynarnych, chcących się Panu przypodobać...
Nie odpowiadał nic. Stał spokojnie. Patrzył na nią tak, jakby go to wszystko serdecznie bawiło.
Zapędzała się coraz więcej.