— Choćby z krzywdą własną, lecz dla dobra drugich...
— Jakich drugich?
Zaczął śmiać się, prawie rozkosznie.
— Choćby mnie!
Rzuciła się.
— To kłamstwo! Pana dobro leży w użyciu...
— Pani się myli. Nie jestem tylko libertynem. Ale nie mam w sobie poddania się dusz, dążących do jednostajności niezmiennej i jednokształtnej. Nie mówię tu o zmianach senzacji zmysłowych, wywołanych różnością objektu — lecz o niepokojach, stanowiących tło tego, co się w nas ciągle wypala, a nie gaśnie. Pani patrzy na mnie dziwnemi oczami. Sądzi pani, iż ogarnia mnie melancholja? Nie wiem. To wiem jedno, że dla takich kobiet, jak pani, wytworzyła się forma pożycia obu płci — nazwana małżeństwem! To jest pani ołtarz, i na nim zostaniesz madonną!
Ogarnęła ją słodycz wielka i niezmożona. Tak właśnie pragnęła tych słów, gdyż upadała pod ciężarem i nawałem zmysłowych wrażeń.
Wyciągnęła ku niemu ręce.
— A więc?