Marzył o kobiecie, która potrafiłaby przynieść w zanadrzu swej koronkowej koszuli ciepłe, pachnące nią fiołki — i fiołki te rozrzucić na pościeli — a co więcej zostawić je tak już potem na resztę nocy. Marzył o tej, któraby umiała kochać jego piękne i cenne sztychy, które stanowiły poprostu chlubę jego życia. — Marzył o takiej pół nagiej, białej tą odrębną białością delikatnych kobiet — kochance — pochylonej nad ogromem tek, w których chował swe najpiękniejsze okazy, jedynie tylko dla niego zrozumiałe. — Lampa, osłonięta żółtawym abażurem, oblewała drobną główkę — głowę rasowych kobiet z Andaluzji, mającej jako cechę przecudne pochylenie karku i doskonałą okrągłość czaszki. — Jako okrycie w zimie wyobrażał sobie puch czarny selskinów, miłośnie otulających bose, długie, paziowskie nogi — z całą dezinwolturą zwisające z poręczy fotelu — w lecie mgłą batystowej koszuli z rozerwanem ramiączkiem wstążki, o ciemnej, amarantowej, gorącej barwie.

Lub kochanka ta, na wpół ubrana, w swych jedwabnych, cieniuchnych pończoszkach, silnie wyciągniętych, w lakierowanych pantofelkach, o szpiczastych, wysokich obcasikach — zajmowała się wdzięcznie, cicho, nalewaniem w cenne, stare kieliszki — wina, o bursztynowej barwie i upajającym zapachu. — Śliczne, kochające ręce podawały mu aromatyczne owoce, starannie przygotowane i wybrane przez niego. — Czyniąc to, miała wdzięczne ruchy, cechujące specjalną pieczołowitość, z jaką zajmują się kobiety — kochankiem. — Te drobne usługi nabierały właśnie przez ten wdzięk ogromnej ceny i wagi — a z rzeczy niezmiernie prozaicznych stawały się prawie pięknemi...

Nie spotkał nigdy takiej kobiety, któraby umiała w miłość i całą jej sferę przelać rasowość swego ciała i duszy.

Czasem, złudzony jakimś patrycjuszowskim wyglądem, wprowadzał w swe życie erotyczne stworzenie wyniosłe, od którego spodziewał się także wyniosłości wrażeń. Lecz oto przybycie na schadzkę w sportowych, amerykańskich bucikach, zajęcie miejsca na sofie, okrytej czarującą, perską makatą, w tych właśnie butach, o szerokich, aroganckich, nie kobiecych formach — wystarczało, aby zetrzeć iluzję chwil miłosnych.

Inna, mająca profil Katarzyny Sforzy, według portretu Piotra Cosimy — tę delikatną pobożność rysów, oprawnych w złoty puch trefionych włosów — czarowała go jakimś renesansowym urokiem. — Gdy przybyła wreszcie do jego mieszkanie, odziana w czarny aksamit, posadził ją na fotelu, obitym resztkami wspaniałego ornatu, może z czasów Juliusza II. — Lecz w uszach tego sobowtóra, córki Sforzów — widniały ogromne, bankierskie kolczyki — bardzo kosztowne, bardzo nowoczesne i bardzo „żadne”. — Szafiry okolone brylantami. — Kolczyki metres, aktorek lub żon tych, którzy do pieniędzy doszli. — Ukląkł przed nią nabożnie i na dłoni podał jej przecudne zausznice z filigranu weneckiego, stare, wiekowe — osypane bielą pereł i drobniuchnym deszczem zielonych, cudownie emaliowanych listeczków.

Wzięła ten wykwint artyzmu i przyglądała się mu w milczeniu.

— Włóż je... — prosił.

Lecz Sforza wydęła usta wzgardliwie.

— Dziękuję ci — moje się lepiej świecą!

Zerwał z nią dnia następnego.