Lecz wiecznie głodny — rozpoczął nowe poszukiwania. I zapadał coraz gorzej.
W sypialni jego, jak w kalejdoskopie, zjawiały się szeregi kobiet, a on z jakąś rozpaczliwą furją wyrzucał je bez względu na ich fizyczne i duchowe dane. — Jedne rozpraszały się bezustannie, inne znowu przybierały maskę tajemnicy, a pod tą tajemnicą kryła się najczęściej pustka i głupota. On przecież instynktownie wyczuwał to odrazu i szedł dalej, schodząc coraz niżej. — Wreszcie spadł do owego pożądania tylko żywiołowego i uczynił sobie z niego przykazanie życia. Zaczynały mu wystarczać cielska Weychertowej i nie robił jej już scen, których ukrytą przyczyną było rozrzucenie na środku sypialni zdeformowanego gorsetu z wypoconego batystu. — Rezygnował z marzeń o doskonałej kochance, lecz nie rezygnował z erotyzmu.
Nie chciał kochać, lecz chciał używać zmysłowych dreszczów — lękając się, aby brak zadowolenia tychże nie odbił się na jego intellektualnych dorobkach, nadając im oschłość, właściwą duchom, żartym ascezą.
*
Jedynie Rena uczyniła na nim wrażenie kobiety, umiejącej szczęśliwie wybrnąć z trudnej roli kochanki — mózgowca i estety. Stąd owo rzucenie się ku niej — bezowocne, wskutek jej oporu. — I potem marna, brzydka plotka, która nie tyle zraniła jego miłość własną mężczyzny, ile uczyniła mu jakby zawód, jakby taki porzucony, wypocony gorset na pastelowym tonie kobierca jego sypialni.
Teraz znów jeszcze jeden lęk ogarniał go. — Dojrzał w Renie przebłyski tych pragnień, które nawet w takiej, jak Rena, kobiecie, zdołają zniweczyć wrodzoną jej dumę i wyniosłość.
Dawniej byłby skwapliwie skorzystał z tego odkrycia i czynił wszystko, co można, aby posiąść Renę, co zdawało mu się poniekąd ułatwione.
Lecz teraz — stało się inaczej.
Przeraził się tego — i cofnął. — Zdawało mu się niewyraźnie, jakby miał ściągnąć z ołtarza pęk kwiecia i przystroić niem swe łoże rozpusty.
Dopiero teraz dostrzegł, jaką właściwie rolę grała Rena w galerji jego „typów” — kobiecych.