I równocześnie taranem w nią uderzyło:

— Bydlę jestem... bydlę!

Ręka drżąca wyciągnęła się ku oknom.

— On... tam...

I znów:

— Bydlę jestem! Ach! Gdyby się wychylił, gdyby mnie zobaczył! Gdyby mi wybuchnął śmiechem w oczy...

Wpiła sobie paznogcie w twarz.

— Nie szydził ze mnie w bibljotece — nie szydził — przeciwnie — było to coś więcej... przypomnij sobie...

Powstał w jej głowie wir, nie umiała sobie nic przypomnieć, jak właściwie brzmiała myśl Halskiego. Wiedziała tylko, że odeszła z uczuciem, iż jakaś silna ręka wyrzuca ją z pewną względnością na lodową, pustą przestrzeń. — Poza tą przestrzenią przecież zostawiła jakiś nieznany jej kraj, po którym wiły się płomienie, wystrzelające z rozpalonych do karmazynowych blasków podstaw.

I tam zdało się jej, że była właściwie jej ojczyzna, rodzimy jej grunt, a ona rwała się w ten żar i gnano ją precz — wołając wielkim głosem: