— Hańba! Hańba!...
Za firankami złotemi zaczęły migać jakieś cienie.
Rena szarpnęła się, jak szalona — i potem nagle wrosła słupem w ziemię.
— Są tam, są oboje!...
Gamą rozpaczy i szału przeciągnęło po niej. Brakło jej tchu. Nie walczyła oń. — Zdawało się jej, że łatwiej skona.
— I ona...
Czerń, chłód, noc — hańba zeszarpanej miłości własnej i dzikość biorącej górę czystości pierwotnych pojęć, które mścić się zdawały rozpasanem, stalowem zatapianiem kłów, na schylonym i wytarzanym w prochu ołtarzowej karności — karku.
— Oboje!...
Rzecz nieprzewidziana, nieobmyślona. Oto Rena silnym skrótem przecina ulicę i już jest w bramie domu.
— Tak! Będzie tak!