Halski porwał się z miejsca. Był to ruch bezwiedny — pęd płciowy — szarpnięcie się mimowolne.

I tak mało było szlachetności w tem czemś banalnem i przewidywanem, że wobec nieruchomej piękności gestu kobiety zamarło, jakby strącone anielskim ruchem skrzydeł.

Przeszedł mimo niej — nagle zwarty w sobie — przysunął się do okna i oparł czoło o szybę. Poza nim szemrał głos korny Reny.

— Nie wiem nic ze świata waszego... nie znam nic... Jestem ślepa.

Pociągnęły go te słowa, kazały mu się odwrócić — podejść ku niej cichym krokiem nieufnego kota.

Spotkała się z jego wzrokiem, lecz była tak zbłąkana, że nie rozumiała, o co mu będzie chodziło.

Instynktownie osunęła się znów na krzesło. Zakryła oczy.

Uczuła go ponad sobą. Pochylał się. Woń jego włosów, jego odzieży przepoiła ją.

— Więc istotnie — zapytał prawie szeptem — istotnie nie miałaś nigdy kochanka?

— Nigdy!