Była to minuta strasznego wtajemniczenia się w siebie samych, porozumienia się i położenia z oddali piętna posiadania. Cała pasja miłości i nienawiści dwóch płci ujawniła się w tej minucie, szczególniej w zwarciu się uczuciowem źrenic i we wrogim skurczu szczęk, pragnących ssać ciało, krew — jednoczyć się tą krwią i triumfować bolem, wyrywającym krzyk z piersi przeciwnika.

Pierwsza ocknęła się Rena. Z ciężkiem westchnieniem wydarła się z płomieni, któremi dyszała. Wyprostowała się — odetchnęła — otarła pot z czoła. — Twarz jej zmieniła się. Z rozpłomienionej pasją stała się jakby nagle przetworzona w uosobienie kamiennej woli.

Zmiana ta była tak widoczna, iż Halski mimowoli zapytał:

— Co pani postanowiłaś?

Odparła, zabierając się do odejścia:

— Nic! Potrzebuję tylko być samą, uspokoić się...

Postąpił za nią ku drzwiom.

Odwróciła się i ogarnęła szybko przestrzeń całego mieszkania.

— Tak! Miałeś pan rację! — wyrzekła. — To zbyt królewski dar... Żegnam pana, a raczej do widzenia!...

Gdy ujrzał ją naprawdę odchodzącą, porwał go żal za utratą tak wielkiej, pięknej rozkoszy. Wyciągnął ku niej ręce — lecz ona cofnęła się dawnym swoim, królewskim gestem.