— Nie tak! Nie tak! — rzuciła.

Przez myśl mu przemknęło, iż ma w projekcie znów jedynie małżeństwo.

I pierwszy raz — nie zraziła go tem, nie odepchnęła — przeciwnie, był jej wdzięczny za to wstąpienie znów na stopnie ołtarza nieskazitelności.

Spojrzał uważnie w jej oczy. Nie było w nich chuci — był natomiast jakiś z determinacją połączony smutek. — Owiał go także. — I nagle jakaś cisza, dobro, ukojenie przemknęło się pomiędzy niemi.

— Do widzenia! — padło z jej strony, jakby ciche i niewyraźne.

I gdy już niknęła w fałdach portjery, wyłoniła się jeszcze ze złocistych opon.

— Uścisnąć mnie pan możesz! — doleciało doń, jakby obcym wymówione głosem.

Czuł, że jeśli zezwala mu na ten uścisk, to instynktem przedziwnym zrozumiała, iż odnalazł w sobie dość spokoju, aby na ten uścisk pozwolić. Zagarnął ją w ramiona, przytulną i swoją. Lecz szybko linja giętka jej pleców zaczęła mu ożywać pod rękami i dawać znać o istnieniu ciała. Za chwilę przywarli do siebie ustami, całem ciałem i zamienili się w strugi prądów, wymieniających się wzajemnie.

— Ty! Ty! — padło z jego ust zaciśniętych.

Ukąsiła go nagle do krwi w dolną wargę i przy tem zwinęła ruchem żmiji. — Wysunęła mu się z rąk, jakby podcięta szpicrutą — zawahała się u progu — i znikła, rzuciwszy w świście charczącego oddechu: