Jaskrawe, fatalne oświetlenie elektryczne... resztki pozornej kolacji, trochę wina w kieliszku. Reny kieliszek nietknięty. Pijana była sobą samą i tem, co się w niej działo. Postanowieniem swojem.
Niczem więcej.
Z oddali jakaś muzyka, jakieś Czornyja oczy — trochę gwaru, ale tępego, niewyraźnego. Nic, coby wryło się w pamięć stalowemi, rozpalonemi zgłoskami.
Tylko twarz Reny tak zmieniona, iż każdegoby przejęła rozpaczliwem zdumieniem. W jednej chwili maska starości zmysłowej przywarła się, zwłaszcza do jej ust i oczu. To się nie da określić takiej zmiany, która przetwarza w jednej chwili istotę rzeczywistej piękności kobiety. Na to trzeba bardzo wzgardliwego czynu, graniczącego z rozpustą, aby po akcie miłosnym, zamiast anielskiego wypięknienia bezpośrednio z głębin najtajniejszych wydobywały się jakieś szpetoty i szły bezlitośnie, niszcząc to, co mogło porywać urokiem i powabem.
Wzrok taki, opadnięcie ust, skalane i dziwne, dostrzedz można na twarzy ludzi, powracających po zbrodni w domowe schronisko. Ukosem, czernią, patrzą poza siebie, wlokąc się jakby z przegniłym powrozem u szyi. Czegoś czekają, na coś patrzą, sami nie wiedzą, co popełnili.
Tylko to jedno wiedzą, iż nie wracają ci sami — że już nigdy nie będą tymi, którzy nie byli im nigdy wstrętni — a zawsze święci!
I teraz poznali największą torturę, na jaką się zdobyć mogli — poznali wstręt do samego siebie.
*
Tej nocy Rena poznała wstręt do samej siebie. Ten wstręt istotny i już niepokonany. Czuła, widziała, że to pozostanie w niej niewyrwane niczem, że musi pozostać i wiecznie będzie.
I w myśli tej skostniała, jak trup żywy, a mimo to umarły.