— Małżeństwo... ślub...
A twarz namiętna stygnie, usta koloru wiśni wydymają się z niesmakiem.
— Nie, urok ginie.
— A tak?
Wyprostowuje się. Ściągam brwi. W gardle czuję dławienie. Duma mnie rozsadza.
Nie wiem, dlaczego powtarzam sobie:
— Bądź piękną, jeżeli możesz, mądrą, jeżeli zdołasz, poważną, bo nią być musisz!... Taką tarczę ze słów Lisia Visconti czynię sobie i czuję, że twarz moja przybiera wyraz zimnej złości. Może być, iż teraz nie jestem piękną, ale mam wiele znaczenia. Czuję to w głowie Alego, bo zawiesił swą monotonną bajkę, w której ja jestem księżniczką, jadącą przez puszcze w karecie, ciągnionej przez srebrnych dwanaście orłów — i patrzy na mnie ze ździwieniem. A mnie jakby coś zamierało w sercu, bo oto tam w oddali, w cieniu palm zaginęła twarz szydersko uśmiechnięta i rozpłynęły się w niebycie usta namiętne, podobne do koloru wiśni. Wzrok mój pada na trubadura w pepitowym garniturze, — nie wiem — ale Helu, ja czuję w tej chwili brutalny żal, iż on nie ma w ręku gitary, ażebym...
Ażebym...
No — ażebym mogła porwać mu ją z ręki i uderzyć nią po wypomadowanej czaszce.
Nie mogę tego, bo niema gitary.