I że jestem kobietą doskonale wychowaną, a on jest dzieckiem arystokratycznego rodu i koncypientem, czy czemś tam, Namiestnictwa, i ma dwa lata praw i jest tak ślicznie, tak bosko ułożonym, młodym poetą.
Lecz natomiast demon potworny rozszalał się we mnie.
— Skuś go?... — szepce mi do ucha — narzuć się na niego całą forsą, a potem kopnij precz! Precz! Zobaczysz, co zrobi, jak się zachowa!...
I ledwo ten szept przebrzmiał, a już się porywam i wyciągam ręce.
— Och!... Gorąco!...
Szybko uciekam do swego pokoju. Tam, na gwoździu za szafą wisi robe d’intérieur — och!... którą mógł chyba d’Annunzio wymyśleć dla jakiej swojej donny z pałacu o smukłych kolumnach. Lecz wymyślił ją tylko jakiś grand faiseur paryski, bo wiesz, iż jestem za uboga, ażeby ubierać się w kraju i sprowadzam sobie „stroje” z Paryża. Więc robe d’intérieur ta — mgła jedwabnego muślinu o kolorze ciała zawstydzonej dziewczynki, o walansjenkach, tkanych czółkami prządek prymitywnych. Narzucam ją na siebie, obnażam ręce i myślę, że jest to odzież odpowiednia dla wzbudzenia uwielbienia w istocie, nie poddającej się z prostotą rzeczywistemu działaniu rzeczy.
A więc.
Na tych, którzy wnoszą w uwielbienie albo nadmiar, albo niedostatek wrażliwości.
Zakochane dusze, albo przepalone, „rozmiłowane na kredyt”...
A więc.